W dniu urodzin Ran

– Wszystkiego najlepszego, Ran! – powiedziałem, stając przed nią.

– Shinichi, gdzieś ty był?! – zapytała z wyrzutem. Jej oczy były lekko wilgotne. Gdyby wiedziała, że byłem z nią cały ten czas… Ale najpierw…

– To teraz najmniej ważne. Ja… Ran, ja… – Ból. Nieznośny ból w klatce piersiowej. Straszne gorąco rozchodzące się po całym ciele. Uczucie roztapiających się kości. – Nie! Czemu? Przecież… dopiero… wróciłem…!

– Shinichi? Co się dzieje? Shinichi!

– T-to nic… tylko muszę… już… iść…! – wydyszałem, trzymając się za serce. Chciałem odejść, zrobiłem nawet kilka chwiejnych kroków, lecz wtedy poczułem jak Ran złapała mnie za rękę.

– Nie odchodź! Masz mi powiedzieć, co się z tobą dzieje!

W tym momencie moje serce zaczęło bić jak szalone, sprawiając mi tym ból i fizyczny, i psychiczny.

Czemu znów się zmieniam, gdy dopiero odzyskałem normalną postać?!?

Resztką sił próbowałem wyrwać się z uścisku Ran, żeby się przed nią ukryć, gdy będę się zmniejszać. Nie udało mi się. Opadłem bez sił.

Zaraz się dowie… Dowie się i będzie w niebezpieczeństwie…! – ta myśl jako ostatnia pojawiła się w mojej głowie. Jeszcze raz spojrzałem na zatroskaną twarz Ran, po czym straciłem przytomność.

~~<>~~

– Conan-kun? Conan-kun! Spóźnisz się do szkoły!

Szybko otworzyłem oczy, ciężko oddychając. Zobaczyłem nad sobą twarz Ran. Miała tak samo zatroskaną minę, jak przed chwilą. Zaraz, zaraz… Powiedziała do mnie „Conan”…

– T-to był tylko sen… – odetchnąłem. Sięgnąłem ręką po okulary, nałożyłem je i usiadłem. Całe szczęście…

– Miałeś koszmar?

– Można tak powiedzieć – odpowiedziałem. Jak dobrze, że nic jej nie grozi! Chociaż i tak jest smutna mimo, że czasem do niej dzwonię…

Ciekawe, kiedy Haibara wynajdzie przepis na antidotum. Oby szybko. Potem trzeba „tylko” jakoś zniszczyć Czarną Organizację i APTX4869, i można będzie spać w spokoju… Westchnąłem. Sądzę, iż to raczej nie możliwe…

Prawie mogłem zobaczyć znaki zapytania latające nad głową Ran. Zignorowałem to, ziewnąłem i poszedłem do łazienki.

~~<>~~

– Nie wyspałeś się, Conan-kun? – zapytała Ayumi. Wracaliśmy właśnie ze szkoły, po kolejnym dniu nudnych lekcji, które zaliczyłem już dziesięć lat temu.

– A, jakoś tak… – nie dokończyłem, bo znowu ziewnąłem.

– Powinieneś położyć się dzisiaj wcześniej.

– Masz rację… To my już idziemy. Co nie, Haibara? – zapytałem idącą obok mnie dziewczynę. Pokiwała głową i ruszyła wraz ze mną w stronę domu profesora Agasy.

Gdy byliśmy w połowie drogi, Haibara powiedziała:

– Mam jeszcze trochę prototypu antidotum z baikala…

– To to wiem – odpowiedziałem. Potem spojrzałem się na nią zaciekawiony. – Po co o tym mówisz?

– Ta dziewczyna ma niedługo urodziny, co nie? Pomyślałam, że może chciałbyś się wtedy z nią spotkać jako Kudo Shinichi…

Moje oczy zrobiły się wielkie z niedowierzania. Chyba naprawdę się polubiły, Haibara i Ran. Albo ona coś knuje…

– I tak po prostu mi proponujesz, żebym znowu wziął niedokończone antidotum? Przecież nie wiadomo ile tym razem będzie działać.

– A więc nie chcesz go wziąć?

– Tego nie powiedziałem – szybko odpowiedziałem, kręcąc głową. Dziewczyna spojrzała się na mnie z uśmiechem.

– No to postanowione. Tylko weź antidotum tuż przed spotkaniem, żebyś miał pewność, że zdążysz.

– Okej.

~~<>~~

Ran, chcę się z tobą jutro spotkać. Masz czas? Shinichi – wysłano.

Tak, mam. – nadeszła po chwili odpowiedź.

Okej. To przyjdź jutro o 16.00 przed mój dom. – odpisałem. Odłożyłem komórkę na podłogę i oparłem głowę o ścianę. Westchnąłem. Ran znajduje się w pokoju obok, a ja muszę wysyłać do niej maile… Spojrzałem na szklaną buteleczkę, w której znajdowała się pigułka z antidotum na APTX4869. Wystarczy że ją połknę i powrócę na jakiś czas do swojego normalnego ciała. Lecz to jutro.

Mam dziwne przeczucie co do jutrzejszego spotkania…

Usłyszałem dźwięk wiadomości.

Przyjdę! – napisała Ran. Pewnie jest teraz wesoła. Uśmiechnąłem się.

O jutro nie ma co się martwić; na pewno przesadzam z tym uczuciem. Przecież nic złego nie powinno się stać…

~~<>~~

– Wybierasz się gdzieś, Ran-neechan? – zapytałem. Ran od rana była cała w skowronkach. Sprawiała wrażenie, jakby nic nie mogło popsuć jej dziś humoru.

– Tak, mam spotkanie z Shinichim – odpowiedziała z uśmiechem. Przecież wiem, bo to ja cię na nie zaprosiłem…

– Łał! Naprawdę? – spytałem mimo to.

– Tak. Też chciałbyś się z nim zobaczyć?

– Nie. Jestem zajęty – Jakby to w ogóle było wykonalne…

– A cóż takiego masz do roboty?

– Idę do profesora Agasy. Obiecał, że da mi pograć w swoją nową grę. – A tak naprawdę mam spotkanie z tobą.

– Ach, rozumiem. To się pospiesz. Zaraz piętnasta!

– Aaa! Rzeczywiście! To ja już pójdę. Do zobaczenia, Ran-neechan!

Wybiegłem z domu, zabierając ze sobą komórkę i pobiegłem do siebie. Wziąłem prezent dla Ran i, kiedy byłem już na miejscu, schowałem go do kieszeni marynarki, którą wyjąłem z szafy. Odczekałem jakieś 20 minut, krążąc bez celu między półkami z książkami, po czym połknąłem kapsułkę z antidotum. W jednej chwili poczułem gorąc na całym ciele.

~~<>~~

Gdy znajdowałem się znów w moim siedemnastoletnim ciele, wyszedłem z domu. Przed główną bramą zobaczyłem sylwetkę Ran. Rozglądała się na wszystkie strony, zerkając na zegarek. Po cichu wyszedłem tylną bramą i ruszyłem w stronę czekającej na mnie dziewczyny. Kiedy wyszedłem zza zakrętu i byłem dosyć blisko niej, zatrzymałem się i powiedziałem:

– Wszystkiego najlepszego, Ran!

Ona drgnęła i odwróciła się do mnie.

– Shinichi, gdzieś ty był?! – zapytała z wyrzutem. Jej mokre od łez oczy błyszczały w świetle chylącego się ku zachodowi słońca. Gdyby wiedziała, że byłem z nią cały ten czas… Lecz nie pora teraz na to.

– To teraz najmniej ważne – odpowiedziałem. – Ja… Ran, ja… – Ból. Okropny ból w klatce piersiowej. Straszne gorąco rozchodzące się od serca po koniuszki palców. Uczucie roztapiających się kości. – Czemu? Przecież… dopiero… wróciłem… do tego ciała…

– Shinichi? Co się dzieje? Shinichi!

– T-to nic, Ran… tylko muszę już… iść… wybacz… – wydyszałem, łapiąc się za koszulę na piersi. Deja vu?…

Zatoczyłem się kilka kroków w tył. Po chwili poczułem jak Ran złapała mnie za ramię.

– Nie odchodź! Masz mi powiedzieć, co się z tobą dzieje!

W tym momencie moje serce zaczęło bić jak szalone, sprawiając mi tym niewyobrażalny ból. Już znajdowałem się w takiej samej sytuacji, ale gdzie?

Resztką sił próbowałem wyrwać się z uścisku Ran, by nie była światkiem mojej przemiany w dziecko. Nie udało mi się. Opadłem bez sił. Zaciskając z bólu rękę na ramieniu dziewczyny, rozglądałem się rozgorączkowanym wzrokiem za czymś, co mogłoby mi pomóc. Nic nie znalazłem. Krzyknąłem z bólu i bezsilności. Ran będzie w niebezpieczeństwie.

…Ach tak! Widziałem tą scenę we wczorajszym śnie! Co było dalej? Straciłem przytomność…

Już chciałem się poddać, gdy otoczyło nas stado białych gołębi. Ran zwolniła uścisk. Poczułem jak ktoś mnie złapał, a moja marynarka spadła. Pamiętam tylko biel, a potem już nic.

~~<>~~

Znajdowałem się gdzieś wysoko. Usiadłem i przetarłem oczy ręką. Rękaw mojej koszuli był podwinięty. Tak samo było z drugim rękawem i nogawkami spodni. Znowu mam deja vu? Eee tam. To pewnie kolejny sen…

– Yo, detektywie! – usłyszałem znajomy głos. Dochodził on gdzieś zza moich pleców. Odwróciłem się i zobaczyłem ciemnowłosą postać odzianą w biel. Kid właśnie z uśmiechem wyciągał coś ze swojego kapelusza. Z niejakim zdziwieniem uświadomiłem sobie, że była to długa lina.

– Gdzie jesteśmy? – zapytałem, podnosząc w jego kierunku rękę z zegarkiem. Dopiero po chwili zorientowałem się, że go nie ma.

– Blisko twojego domu – odpowiedział, pokazując moją zgubę. – Wiedziałem, że będziesz chciał mnie tym trafić, więc sobie to pożyczyłem na chwilkę ♥ Nie bój nic, oddam – szybko dodał, widząc mój wzrok. Właśnie skończył wyciągać linę i nałożył swój kapelusz.

Zignorowałem to, co powiedział, wstałem i rozglądnąłem się dookoła.

– Co z Ran? – zapytałem.

– Nie wie, co ze sobą zrobić. Jest smutna. O! Znalazła twój prezencik. Bardzo ładna bransoletka, nie powiem… Ej, co ty robisz?!?

Kiedy złodziej był zajęty patrzeniem na Ran, podszedłem do niego, zabrałem mu lornetkę i sam przez nią spojrzałem. Dziewczyna uśmiechała się przez łzy. Przez chwilę rozglądała się wokoło, jakby miała nadzieję, że mnie zobaczy. Czemu zmniejszyłem się tak szybko?…

– Aaa! Bo popsujesz! – krzyknął Kid, zabierając mi lornetkę. – Delikatna jest.

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mocno zaciskałem dłonie z bezsilności. Nagle na policzku poczułem coś mokrego. Dotknąłem ręką twarzy, a potem spojrzałem w górę. Miliony małych kropelek rozpoczęło spadać na wszystko, co napotkało na swej drodze. Spadało ich coraz więcej i więcej, wybijając smutny rytm.

W jednej chwili zakryło mnie coś białego. Dopiero po kilku sekundach zrozumiałem, że była to peleryna Kida. Kiedy z powrotem mogłem wszystko widzieć, ze zdziwieniem odkryłem, że byłem ubrany w swój stary mundurek z podstawówki, a na ręku miałem zegarek. Rozejrzałem się po dachu, lecz nigdzie nie zobaczyłem ciemnowłosego złodzieja. A tak w ogóle, to co on tu robił? Wzruszyłem ramionami.

Zamiast niego zobaczyłem linę przywiązaną do anteny. Obok niej znajdował się parasol oparty o murek. Kiedy podszedłem bliżej, mój wzrok przykuła mała biała karteczka z napisem: „Pędź do swojej księżniczki, bo zmoknie ♥ Kid

Uśmiechnąłem się kącikiem ust i podniosłem parasol. Wyjrzałem zza murka, po czym rzuciłem go na jakieś, znajdujące się w dole, krzaki. Pociągnąłem za linę, upewniając się, że jest dobrze przymocowana, a następnie spuściłem się po niej w dół. Pobiegłem w stronę Ran, po drodze rozchlapując wodę ze świeżych kałuż. Po chwili stałem już tylko parę kroków od dziewczyny.

– Ran… – zacząłem. Drgnęła i spojrzała się w moją stronę. – …neechan – dopowiedziałem, przypominając sobie, że byłem w ciele dziecka. Jej oczy znowu były pełne łez. W ręce mocno ściskała pudełko z prezentem ode mnie.

– Conan-kun… – jej głos drżał. Widać było, że spodziewała się ujrzeć Shinichi’ego, a nie małego Conana. Przetarła ręką oczy. – Co ty tutaj robisz? Czemu nie jesteś u profesora?

– Szukałem cię, bo się rozpadało – odpowiedziałem, pokazując parasol od Kida. –  A grę skończyłem bardzo szybko. – uśmiechnąłem się.

– No i sam zmokłeś… – powiedziała z troską. Kucnęła, wzięła ode mnie parasol i rozłożyła go nad nami. Złapała mnie za rękę i lekko pociągnęła za sobą.

– Co ze spotkaniem z Shinichim-niisan? – zapytałem, bardzo dobrze znając przebieg całego spotkania.

– Nagle zniknął wśród gołębi… Dziwne, co nie?

Przytaknąłem. Mam nadzieję, że, jak już, Ran będzie się na mnie gniewać, zamiast smucić. Chociaż to też nie byłoby mi na rękę… Co mam zrobić, żeby zapobiec jej smutkowi?

– A tak w ogóle, Ran-neechan… Wszystkiego najlepszego! – zawołałem w jej stronę. Uśmiechnąłem się, gdy się na mnie spojrzała.

– Skąd wiesz, że mam dziś urodziny?

– Eee… Zapytałem się Shinichi’ego-niichan… Proszę! – powiedziałem, podając jej białą różę, którą miałem w kieszeni. Trochę się zdziwiłem, gdy zobaczyłem jej kolor, bo pamiętam, że do kieszeni mundurka wsadziłem czerwoną różę… – To mój prezent dla ciebie, Ran-neechan!

Z oczu Ran spłynęły łzy, gdy sięgała po kwiat. Nagle puściła parasol, uklęknęła i mnie przytuliła.

– Dziękuję… – wyszeptała. Przez chwile po prostu trzymała mnie w ramionach. Nie wiedziałem, co zrobić. Po chwili też chciałem ją objąć, lecz w tym momencie powiedziała:

– Na co mi Shinichi, skoro mam ciebie, Conan-kun? Ty przynajmniej nie znikasz bez ostrzeżenia.

W odpowiedzi tylko się zaśmiałem.

– W zamian za prezent przyrządzę ci, co tylko zechcesz – powiedziała po chwili Ran, łapiąc mnie za ramiona.

– Yay! – krzyknąłem, podnosząc ręce. – No to może… ciasto cytrynowe!

– Okey. Dawno już go nie robiłam, więc mam nadzieję, że nie będzie dziwnie smakować…

– Na pewno nie! – zapewniłem ją. Gdybym był w swoim normalnym ciele, pewnie bym się z nią teraz posprzeczał. Lecz nie byłem w swoim ciele i na prawdę miałem ochotę na ciasto cytrynowe Ran.

Dziewczyna się zaśmiała. Sięgnęła po upuszczony parasol, znów złapała mnie za dłoń i wstała.

– Pobiegnijmy, bo jeszcze bardziej zmokniemy!

Raczej nam to nie groziło, ponieważ zaczęło się rozchmurzać, ale mimo to i tak z nią pobiegłem.

~~<>~~

– Conan-kun? Conan-kun! Obudź się, bo znowu zaśpisz do szkoły!

Otworzyłem oczy i się przeciągnąłem, ziewając. To był kolejny sen? Pewnie tak…

Sięgnąłem po okulary. Zacząłem je zakładać, lecz wypadły mi z rąk, gdy zobaczyłem lewy nadgarstek Ran. Znajdowała się na nim bransoletka z biało-niebieskimi kwiatami lotosu ze szkła. Taka sama, jak ta, którą jej kupiłem. Ran zauważyła, że się jej przyglądam i powiedziała:

– Ładna, co nie? Dostałam ją od Shinichi’ego.

Przez chwile nie wiedziałem, co powiedzieć i po prostu patrzyłem się na nią z otwartymi ustami.

– K-kiedy? – zapytałem po jakimś czasie.

– Dwa lata temu, na moje urodziny. Nagle zaczęło strasznie padać i zmokliśmy. Widzieliśmy też dużo białych gołębi, które nagle, wszystkie na raz, uciekły.

Westchnąłem i nałożyłem okulary. Jak mogłem o tym zapomnieć? I co mnie wzięło na takie sny…?

– Jeszcze raz dziękuję ci za wczoraj, Conan-kun – głos Ran wyrwał mnie z zamyślenia.

– Za wczoraj?

– Za tą białą różę, którą mi dałeś. Nagle zamieniła się w breloczek z bardzo ładnym króliczkiem.

Moja mina musiała wyglądać na mało inteligentną. To w końcu był sen czy nie?

– Mam jeszcze obiecane ciasto cytrynowe. Spakowałam ci trochę do twojego drugiego śniadania. Podziel się z przyjaciółmi.

– Okej. Dzięki, Ran – powiedziałem, wychodząc z pokoju.

~~<>~~

– No i jak ci poszło? – spytała Haibara. Wracaliśmy ze szkoły. Ayumi, Genta i Mitsuhiko beztrosko sobie gawędzili kilkanaście kroków przed nami, a ja i Haibara do tego czasu szliśmy w ciszy, zastanawiając się nad sensem chodzenia do pierwszej klasy podstawówki w wieku siedemnastu lat.

Wyrwany z rozmyśleń, spojrzałem się na nią nierozumiejącym wzrokiem. Przewróciła oczami i powiedziała:

– Wczorajsze spotkanie z Ran w swoim starym ciele.

– Hę???

To w końcu był sen czy nie?!?

~~<THE END>~~

09.01.2016
Nanamin

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *